sobota, 7 grudnia 2013

Jest pięknie :-)

Dziedzic przyszedł na świat 26 października, w samo południe. Jest cudowny i nadal nie możemy uwierzyć, że ten Cud nas spotkał, że się ziścił :-)

Nie wiem kiedy blogi nadrobię, ale przynajmniej postaram sie być na bieżąco. Na razie oczywiście świąteczny szał. Pierwsze NASZE święta, chce żeby były idealne, choć czasu mało, nie ma jak usiąść z szydełkiem czy przy maszynie - wolę się gapić na Dziedzica ;-)

Gdyby ktoś jeszcze szukał oryginalnych prezentów, to serdecznie polecam Babciny zakątek
Prawdziwa, najprawdziwsza Babcia tworzy te cuda.
Taka Babcia jak z bajki :-D

Pozdrawiam wszystkich serdecznie i mam nadzieję, ze jeszcze mnie pamiętacie :-)

piątek, 18 października 2013

Bo kultura, ku..., być musi!

Post u Mnemosyne przypomniał mi moją własną historię z blokowiska :-)
Któregoś popołudnia mój ślubny Mirek był w pracy, co za tym idzie w mieszkaniu byłam tylko ja i moje myśli. Zadzwonił dzwonek, spojrzałam przez wizjer, Sąsiad, eh, pewnie coś się stało, nie wypada udawać, ze mnie nie ma. Otworzyłam.
- Dzień dobry Panie Stasiu, coś się stało?
- Dzień dobry ślicznej Sąsiadce (tu stuknięcie obcasami i lekki ukłon). Sąsiadko kochana, w zasadzie to nic się nie stało, tylko przyszedłem zapytać, czy Sąsiadce nie przeszkadza, jak czasami krzyczę na tę kurwę, na tę dziwkę jebaną, moją żonę?

Szczęka trzasnęła o podłogę, myśli i cięte riposty uleciały na wolność, a oczy wyszły z orbit. Zdobyłam się tylko na
- eeeeee, jak Pan tak może mówić o swojej Żonie?

- A o mnie suka jedna do sądu podała, że niby piję, że niby alkoholik jestem.

Po czym odszedł nie czekając na odpowiedź. Ja do końca dnia zostałam z porozrzucanymi myślami.

Z drugiej strony, przecież kulturalnie zapytał,  może jakbym powiedziała, ze mi przeszkadza to by przestał. Już się nie dowiem...


A tak bez związku z tematem przedstawiam kolejną maskotkę dla Dziedzica



poniedziałek, 7 października 2013

Szczęście

Dziewczyna, lat dwadzieścia i kilka jeszcze, poznała chłopaka i jak to się zdarza najpierw się zauroczyła, później może nawet zakochała. Byli z innych światów, z innych miejsc, spotykali się rzadko. Żyli każde swoim życiem wykradając chwile na spotkania. Nawet nie myślała o stałym związku, ot była szczęśliwa tym co było.
Od jego znajomego dowiedziała się, że On kogoś ma, ze to poważny związek, ze ślubem w najbliższej przyszłości. Nie znała Jego narzeczonej, była Jej słodko obojętna.
Dziewczyna nie chciała związku, była niezależna, mieszkała sama, miała dobrą pracę, niczego w życiu jej nie brakowało. Do czasu...
Zegar biologiczny tyka. Instynkt macierzyński coraz bardziej wdziera się w Jej świadomość. No chciałaby, ale czy ma prawo? Z drugiej strony dlaczego ma swoje szczęście poświęcać dla kogoś kogo nawet nie zna? W imię zasad czy, szeroko pojętej, moralności?
Nie chce rozbijać tamtej rodziny. Teraz nie chce, ale czy może zagwarantować, ze za rok, dwa, pięć, dziesięć nie zmieni zdania? Marzy Jej się dziecko właśnie z Nim, z nikim innym.
On nie widzi przeszkód, jeśli Ona deklaruje, że niczego nie będzie żądać. Tak, wiemy On, jest dużym dzieckiem, chce mieć wszystko nie ponosząc konsekwencji. O jego żonie, oficjalnym życiu, nie rozmawiają, temat nie istnieje w ich azylu szczęścia.
Nikt nie jest w stanie przewidzieć czy Dziewczyna dobrze robi, czy  nie będzie cierpieć po zrealizowaniu planów, zresztą ona jak ona, czy ich maluch nie będzie cierpiał? Jak mu wytłumaczyć dochodzącego Tatusia? Może Ona ma nadzieję, ze On zdanie zmieni, ze zostawi żonę dla Niej, tylko czy duzi chłopcy stają się kiedykolwiek mężczyznami?

Czy powinni żyć chwilą, łapać to co los daje i nie zastanawiać się co będzie dalej? Czy każdy ma prawo marzyć, nawet kosztem marzeń innych? Moralnie, z pewnością nie, ale czy tak zwyczajnie, egoistycznie, po ludzku?

sobota, 5 października 2013

Tworzę sobie w międzyczasie :-)

Chyba włączyło mi się wicie gniazda, ale, że sprzątać mi się nie chce, to zasiadłam za maszyną do szycia.
Ostatnio łażę po lumpeksach i kupuje ciuchy z myślą o ich przerobieniu na zabawki. Teściowa dziwnie patrzyła jak ze sterty ciuchów wybrałam kusą koszulkę w groszki, no, ale wytłumaczyłam na co i po co, może i mam mózg w ciąży, ale bez przesady :p

po pierwsze skończyłam kocyk
później wzięłam się za szycie i powstały:

filcowe ptaszki - czarno-biała, o ponoć takie kolory najlepsze na początek dla niemowlaka - docelowo ptasiorki będą elementem karuzeli (pomysł http://stylowi.pl/10798755)

ślimak (pomysł http://filcowewybryki.blogspot.com/2013/04/tilda-slimak-tutorial-tilda-snail.html)

kotek (pomysł http://img3.stylowi.pl//images/items/o/201302/stylowi_pl_hobby_felt-ideas_4476003.jpg)
 

królik chyba (pomysł http://cocomini-cocomini.blogspot.com/2011/05/jak-uszyc-zabawke-dla-dziecka.html)

na koniec poduszka 

piątek, 20 września 2013

Dyskusja - czyżby relikt zamierzchłych czasów?

Pamiętam z podstawówki, ze szkoły średniej, że dyskusja była jednym z punktów programu nauczania. Dzieliliśmy się na grupy, każda miała zająć stanowisko i je przedstawić, ewentualnie bronić przed kontrargumentami, a jak przeciwnik był przekonujący to cóż "tylko krowa poglądów nie zmienia". Potem wszyscy wspólnie szli na przerwę jako koledzy/przyjaciele, mimo różnicy zdań.
Żyję wśród ludzi, zarówno tych w realu jak i w internecie i zauważam tendencję utożsamiania dyskusji z kłótnią. Tematów kontrowersyjnych, czy w ogóle takich, gdzie mogą być odmienne zdania, się nie porusza, albo zanim się rozwiną kończy powiedzeniem "każdy ma swoje zdanie i niech tak zostanie". Pytam, dlaczego ma tak zostać? Dlaczego nie umiemy bronić swoich poglądów? Dlaczego nie dopuszczamy możliwości zmiany swojego zdania?
Kocham dyskutować, ale coraz częściej nie mam z kim, bo jak juz się taki adwersarz znajdzie, to zaraz wtrąca się ktoś trzeci i "nie kłóćcie się", na nic nie zdaje się przekonywanie, ze dyskusja to nie kłótnia.
Nie przeczę, czasami złośliwie, uwielbiam mieć inne zdanie, w kwestiach, które społecznie podobno nie podlegają dyskusji, np. pogoda, sytuacja w kraju, mężczyzna itd ;-) Uwielbiam być szcześliwa w kraju wiecznych malkontentów. Tylko co z tego, gdy proszę o argumenty, najczęściej odpowiedzią jest "bo tak". Kontrargumentów się nie słucha, bo przecież w telewizji powiedzieli, ze tak jest, bo przecież zawsze tak było i to chyba najgorsza opcja, nie dociera, że świat sie zmienia, że można myśleć samodzielnie.
O dziwo, babki na wsi, te niby zacofane, bardziej są skłonne przyznać rację, czy rozważyć inne zdanie, niż młodzi, ponoć otwarci na świat, ponoć postępowi.
Czy dyskusja zaczyna być reliktem przeszłości? Czy to, ze możemy swobodnie wypowiedzieć swoje zdanie przestało być zabawne? Może nas kusi to co zakazane?



środa, 21 sierpnia 2013

Zabobon wiecznie żywy

Nie wiem czy wspominałam - uwielbiam zabobony. Lubie o nich słuchać, nawet wprowadzać w życie, jako tradycję, ale w nie wierzę. Żyłam w przekonaniu, że oddane zabobonom są starsze panie na wsi, nic bardziej mylnego - ludzie po 20-30 lat, też są święcie przekonani w moc sprawczą zabobonu.

(zdjęcie demotywatory.pl)


Zakazów i nakazów dotyczących ciąży jest cała gama. Postaram się podzielić niektórymi, które o dziwo przekazały mi właśnie młode osoby.
Zaczęło się od tego, jak pewna dziewczyna usłyszała, że w 26 czy 27 tygodniu ciąży mam kupiona paczkę pieluch. Jak to? Jakie pieluchy? W ogóle jaka wyprawka przed porodem?
Wszystko dla dziecka kupuje się jak Maluch już jest w domu. Jeśli kupisz wcześniej, to zapeszysz.
Podjęłam próbę tłumaczenia, że jaki to ma wpływ, że przecież ciuchy trzeba wyprać, wyprasować. Łóżeczko złożyć, przygotować. Nic nie przemawiało. W końcu pytam, to jak przewieziesz dziecko ze szpitala do domu, skoro nie kupisz fotelika? Jak jak? Normalnie na rękach.
Nie wiedziałam czy śmiać sie czy płakać. Zakończyłam dyskusję stwierdzeniem, że w takim razie naraża się na mandat, bo dziecka się tak nie przewozi.
Nie komentowałam argumentów, ze "Twoja mama, 30 lat, temu też tak Cię przewiozła i nic się nie stało". Niektórym trudno zrozumieć, że czasy się zmieniają, że 30 lat temu sporo rzeczy wyglądało inaczej ;-)
Worek z zabobonami się jednak rozwiązał :-D, więc:
- nie wolno nosić łańcuszków, bo dziecko będzie owinięte pępowiną  (podobno około 90% dzieci jest owinięte, niezależnie czy matka nosiła łańcuszki czy nie :p)
- nie wolno farbować włosów, bo dziecko będzie rude
- nie wolno obcinać włosów, bo będzie głupie
- nie wolno smażyć nic, bo niestety nie pamiętam co :p
- nie wolno patrzeć na nikogo brzydkiego, chorego, bo dziecko też takie będzie
- nie wolno się przestraszyć, a jak już to broń Boże, łapać się za brzuch, bo 1. dziecko też będzie przestraszone 2. będzie miało znamię
- po porodzie koniecznie trzeba pojechać do Baby i wylać jajko nad dzieckiem, żeby odgonić wszystkie lęki i płacze
- przed chrztem nie powinno się z dzieckiem chodzić na spacery, żeby ktoś uroku nie rzucił

To już nie zabobon, lecz przekonanie, że w ciąży nie wolno rzucać palenia, bo to bardziej szkodzi dziecku niż trwanie w nałogu :-/

Przeraża mnie to, ze dziewczyna naprawdę wierzy w to co mówi.

Dziedzic będzie miał w wózku medalik i czerwoną kokardkę, nie dlatego, ze go to uchroni przed urokami, tylko dlatego, ze mi się podoba ten zwyczaj.
Koleżanka się śmieje, ze ja matka zapobiegliwa - powieszę medalik przed diabłami chrześcijańskimi i czerwoną kokardkę od pogańskich uroków. Zabezpieczam Dziedzica na dwa fronty :-D

A poza tematem, mam wrażenie, że wszędzie pada, tylko nas zbawienny deszcz omija szerokim łukiem :-/ Nawet jak się zachmurzy, to wiatr rozwieje :-/

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Dobrze mieszkać w mieście jeśli na wsi Teście.

Z tytułem posta zgadzam się po stokroć, szczególnie jeśli Teście hojni.  My, co prawda, teraz urzędujemy na wsi, ale bez tych wszystkich wiejskich gadżetów typu: kury, krowy, kaczki i inne srające. Nie mamy zwierzyny, więc logiczne, że nam brakuje jajek, sera, mleka, śmietany. Regularnie więc jestem zapatrzana w takie cuda natury, był czas kiedy najtańszym ciastem, dla mnie, był sernik - jajka, twaróg, mąka, masło - od Teściowej, ode mnie był cukier, prąd i praca jaką włożyłam.
W sobotę dostałam kolejną porcję twarogu i co tu zrobić? Można zamrozić, ale trochę świeżego szkoda, piec się nie chce, pierogów lepić się nie chce (zresztą po co, skoro Teściowa lepsze robi :p). Koniec końców twaróg wylądował w serniku na zimno i też jest pysznie


"Przepis" na taki sernik jest banalny:
około 0,5 kg twarogu
2 galaretki o dowolnym smaku
ewentualnie puszka brzoskwiń lub inne owoce

Jedną galaretkę rozpuścić w szklance wody (lub owocowego soku), gdy przestygnie zmieszać z połową twarogu (ja to robię w blenderze, bo od razu, w ten sposób, ucieram ser). Wylać do formy, poczekać aż zastygnie. Położyć owoce.
Z drugą galaretką i resztą twarogu zrobić to samo :-)
Wierzch można przyozdobić dodatkowo galaretką i owocami, ale mi się w foremce nie zmieściło :p

Smacznie i w poczuciu, ze w moim domu nic się nie marnuje.
Kolejnym razem będzie śmietanowiec, bo mnie Teściowa dzisiaj uraczyła 0,5 l wiejskiej śmietany :-D